Głośny
ryk przerwał śmiertelną ciszę panującą w na wpół nienaturalnie spalonym lesie.
Gdzieś w oddali widać było, jak kilka osmolonych ptaków ze skrzekiem opuszcza nagie
gałęzie tych drzew, które nie leżały zwęglone na ziemi. Chwilę później
dźwiękowi zaczął towarzyszyć mrożący krew w żyłach skowyt zarzynanych zwierząt,
które najwidoczniej musiały ostać się w miejscach, gdzie ogień nie wypalił
resztek zieleni.
Nagle
przez zbiorowisko cierni i dziko rosnących krzaków jakichś owoców, które jakimś cudem nie uległy spaleniu, przedarła się przerażona kobieta odziana
jedynie w poobdzierany, gdzieniegdzie dziurawy i brudny płaszcz. Z jej ran na
twarzy, rękach i nogach sączyła się krew, z niektórych miejsc tak obficie, że
skapywała na ziemię, a wcześniej zapewne perfekcyjnie ułożony kok zamienił się
w skołtunioną burzę ciemnych włosów, w których można było dostrzec pozostałości po pokonanych wcześniej przeszkodach.
Do
serca drżącymi dłońmi przyciskała zawinięte w brudnozielony, zakrwawiony kocyk
płaczące dziecko z paskudną raną ciągnącą się od prawego oka aż do brody.
Biegnąc, kątem oka zauważyła średniej wielkości szczelinę w skale, o którą
opierało się w połowie złamane drzewo i niewiele myśląc włożyła tam trzęsące
się z zimna niemowlę, całując je uprzednio w czoło i czystym kawałkiem swojego
ubrania starła krew cieknącą po malutkiej twarzyczce.
Paroma
gałęziami zakryła dziurę i szybko odbiegła kilka metrów, by paść kolanami na
błotnistą glebę i z łzami w oczach wypowiedzieć krótką modlitwę. Chwilę później
w miejscu, w którym klęczała leżała jedynie szkarłatna plama krwi i odcisk
ogromnej łapy z długimi szponami. Z daleka słychać było jedynie cichy śmiech
pełen satysfakcji i łkanie małej istoty schowanej w szczątkach lasu.